Szłam żwawym krokiem, gdy ponownie usłyszałam wycie i to o wiele bliżej.
Długie, przenikające do kości wycie. Zaczęłam biec.
Po 5 minutach takiego szaleńczego sprintu moje płuca płonęły, zresztą uda też.
Pomimo, że przebiegłam już kawała drogi wycie wcale się nie oddaliło wręcz przeciwnie słyszałam je coraz bliżej.
Coś wypadło z krzaków, które właśnie minęłam, poczułam jak coś ciepłego chyba łapa albo ręką, oplata mi się wokół kostki.
Runęłam na ziemię, mokre liście przykleiły mi się do policzka.
Poczułam ból tuż pod żebrami. W ciemności nie mogłam dostrzec zwierzęcia.
Poczułam jeszcze jego pazury na dłoni a potem wszystko znikło.
Cisza, przerywana tylko przez szmer liści.
Wstałam, oddychałam ciężko i nie równo, serce szalało.
Oparłam się o pień pobliskiego drzewa, aby się trochę uspokoić. Po chwili ruszyłam na główną drogę i siadłam na ławce. Wyciągnęłam telefon i przeglądałam listę kontaktów, aż trafiłam na niego.
Ale czy… tak… nie…
Tak lepszego wyboru nie ma.
- Cześć Aria.
- Theo!
To jest epickie!
OdpowiedzUsuńTheo w tej chwili masz tam iść i jej pomóc.
Hsjkkakslkdkfjjfj
I mój piękny szablon ^.^
Epickie...
OdpowiedzUsuńSuperowy prolog, zresztą nie Twój pierwszy taki dobry, sam chciałbym potrafić pisać takie mrożące krew w żyłach prologi. No nie umiem tego opisać słowami, to jest po prostu genialne! Co mogę więcej powiedzieć...Pisz dalej bo nie wytrzymam czekać zbyt długo!
Tradycyjnie: weny i czasu ;)